Piotr Wożgin - Kwiat Lotosu

kwiatlotosu_cwvgvp

     Dlaczego ludzie nie potrafią dostrzec piękna które ich otacza? Dlaczego nie potrafią zrobić tego zawczasu, gdy jeszcze mogą? Dlaczego potrafią uświadomić sobie czym był cud dopiero wtedy, gdy staną u dymiących zgliszczy tego co było skarbem cenniejszym niż gwiazdy? Co przyćmiewa nasze umysły? 

     Nie tylko teraz zastanawiamy się nad tym problemem. Już kiedyś ludzie tracili piękno nim zdążyli je poznać. Nie zawsze jednak traciliśmy je bezpowrotnie. 

     Był sierotą. Matka zmarła gdy miał dwa lata, ojciec został zabity przez bandytów. Rodzice nadali mu imię Mauros, co w dialekcie ludzi z Równin Szumiącej Trawy znaczyło „kwiat”. Wychowywał się daleko od wioski, na północ od stolicy, Rakkatu, ze starcem który znał mnóstwo opowieści z zamierzchłych czasów. Ot, poczciwy staruszek. Jednak staruszek ten dla Maurosa był kimś więcej, niż tylko mężczyzną który okazał współczucie i przygarnął sierotę. Starzec ten był dla niego mędrcem, ojcem, był mentorem i nauczycielem, a na imię było mu Randraug, co znaczyło „wędrujący wilk”. Randraug nauczył Maurosa wiele rzeczy, opowiedział mu o swojej przeszłości. Też był sierotą, jednak musiał radzić sobie sam. Wędrując zobaczył wiele – ludzkie okrucieństwo, brutalność i chciwość. Widział co ludzie zdołali zrobić dla pieniędzy, opowiadał sierocie że niektórzy zdolni są sprzedać swoich bliskich za kilka srebrników, za brzęczący metal, potrafili zdusić gorycz i żal, płacz, potrafili zrobić to dla pieniędzy. Nauczył chłopca nazw wielu kwiatów, roślin, czy też zwykłych owadów, nauczył go jak odróżnić soczyste i pożywne jagody od śmiertelnie trujących owoców, jak opatrzyć nogę chorego jagnięcia, nauczył go jak odczytywać znaki i muzykę z zakurzonych ksiąg, nauczył go jak może pomagać innym. Nauczył tego chłopca jak żyć tak, by inni wspominali go dobrze, by wspominali go jako poczciwca na którego mogli liczyć. Starzec opowiadał mu historie z swego życia siedząc na wygodnym fotelu przed paleniskiem. Tak wylewał swoje wspomnienia uważnemu słuchaczowi jakim był ów chłopiec.

     - Usiądź obok, synu. - tak bowiem starzec palący teraz fajkę w swoim fotelu nazywał Maurosa. - Pamiętasz, jak chodziłeś ze mną do jezior położonych na nizinach, do sadzawek które żyły wiosną pełną życia, tętniły kolorami? Czy pamiętasz kwiaty unoszące się na wodzie, lotosy? Opowiem Ci teraz o czymś, co wspominam najmilej, co sprawiło że zaprzestałem wędrówek, Piękno. Lotos, czyż nie jest pięknym kwiatem? 
Podróżowałem wiele, o czym dobrze wiesz. Zwiedziłem kraj od wschodu do zachodu i zobaczyłem wiele, widziałem wiele kobiet. Smukłe, odważne i na wpół dzikie wojowniczki z Kraju Wodospadów, skośnookie piękności na obrazach przedstawiających Niebiański Pałac, widziałem kobiety silne, widziałem kobiety wrażliwe, śmiałe, skryte, widziałem ich naprawdę wiele. Jednak tylko jedną zapamiętałem, tylko jedna zostanie w moim sercu na zawsze. Nazywała się Tabriel. Imię to było zlepkiem dwóch wyrazów z języka ludzi z północy – blask i lotos. Była piękną kobietą. Piękna, dobra, miłosierna... Po prostu... Pokochałem ją od pierwszego spojrzenia. Gdy tylko zobaczyłem ją na tamtej leśnej ścieżce moje dotychczasowe ułożenie zniknęło, tak po prostu wyparowało, w jednej chwili. W mojej głowie rozpętała się burza, natomiast moje serce uniosło się ponad wszystkie stany rozkoszy jakie kiedykolwiek czułem. Samo patrzenie na nią było dla mnie zaszczytem, chciałem móc oddychać tym samym powietrzem co ona. A ona spojrzała na mnie i obdarzyła mnie uśmiechem. Zaprowadziła mnie nad urwisko z którego w dole można było dojrzeć jezioro. Rzekła mi swoje imię, a później obdarzyła mnie swoim sercem. Obdarzyła mnie swoją miłością, miłością której tak bardzo pragnąłem. Byłem szczęśliwy, kochałem ją a ona kochała mnie. 
     Jednak nieprzyjaciel szarpał granice na zachodzie, zaburzył spokój Równin Szumiącej Trawy. Musiałem ruszać by bronić domu. Więc wyruszyłem, wcześniej jednak udałem się jeszcze raz z nią na skarpę. Obiecałem że wrócę. Kochałem ją miłością wielką i mocną. 
     Po długim pożegnaniu ruszyłem. Wędrowałem przez ośnieżone góry Urar, przez Mroczną Puszczę pełną plugawych stworów, aż w końcu stawiłem się w jednym z licznych fortów Zachodniej Marchii Równin. Za rekomendacją wojskowego którego znałem już wcześniej dostałem niewielki oddział jeźdźców oraz rączego konia dla mnie. Przystosowałem tych ludzi do szybkich wypadów na stepy. 
     Tak więc wyruszyłem do walki z tym, który pogwałcił spokój tej pięknej krainy. Wszystko miało pójść jak z płatka, mieliśmy przeprowadzić zwiad na stepach, rozeznanie. Jednak nie poszło tak prosto. Wrogowie dopadli nas gdy wracaliśmy do fortu na zachodzie, spotkaliśmy ich wracając, wkrótce nadjechał też oddział od wschodu. Skutecznie odcięli nam drogę ucieczki, przez co byliśmy zmuszeni walczyć mimo przygniatającej przewagi liczebnej. Nikt się nie poddał. Po stronie wroga poległo wielu ludzi nim mój ostatni żołnierz osłonił mnie swoim ciałem. Chciałem walczyć dalej, pomścić braci, jednak wrogowie nie zabili mnie, a obezwładnili. Nieprzyjaciel wziął mnie do długiej niewoli i rozprzestrzenił wieść o mojej śmierci, by złamać morale ludzi z Równin.
     Dopiero po dziewięciu latach potyczek wojna zakończyła się paktem. Elf zabrał Równinom Trawy stepy, domagał się także daniny w wysokości stu koni rocznie. Zostałem wypuszczony. Ruszyłem prędko na północ, żeby czym prędzej ujrzeć Tabriel. Przechodziłem obok tego samego urwiska, na którym przed dziewięcioma laty wyznałem jej miłość. Zauważyłem coś, co spiorunowało mnie, co sprawiło że moje serce chciało przestać bić. Na białym kamieniu wyryte były znaki - „Pamięci Tabriel, której blask już nigdy nie zaświeci”. Obok zaś stał taki sam kamień, jednak z wyrytym... Moim imieniem. Do Tabriel musiała dojść fałszywa pogłoska o mojej śmierci. Uklęknąłem i zacząłem płakać tak długo, aż zapadła noc. Księżyc w nowiu nie dawał wiele światła. Przyłożyłem dłoń do kamienia z moim imieniem i załkałem już ostatni raz tej nocy. Gdy tylko odjąłem od niego dłoń znaki zniknęły. Spojrzałem w dół. Nie mogłem skoczyć. Widziałem wioski zniszczone przez nieprzyjaciela. Wróciłem więc i pomagałem ludziom, aż w końcu osiedliłem się tutaj, przyjąłem Ciebie pod dach. 
     I teraz jestem tutaj. Czuję że nadchodzi mój czas. Nie zaprzeczaj – tutaj Randraug uśmiechnął się po czym dodał – przynajmniej nie jestem zgorzkniałym starcem. Chcę ujrzeć lotos ostatni raz, przed moją śmiercią. Pójdźmy razem nad jeziora, czuję mój czas. Nie bierz mnie za zgorzkniałego starca, synu. 

     Po tych słowach Randraug uśmiechnął się, narzucił tunikę i wyszedł z domu, skierował się w stronę równiny. Księżyc który był blisko pełni rozświetlał ścieżkę. Obydwoje szli długo, aż osiągnęli swój cel. Stanęli u brzegu jeziora. Randraug klęknął i zamknął oczy, klęczał tak długi czas. Wydawał się być nieobecny, jednak jego pierś unosiła się z powolnymi oddechami. Mauros bał się o starca. „Czuję że nadchodzi mój czas. Nie zaprzeczaj.”, te słowa niepokoiły go. Czy starzec naprawdę odejdzie, czy zrobi to teraz, przy nim, tak spokojnie? Spojrzał na niego jeszcze raz. Ten otworzył oczy i wstał, po czym skierował się w stronę szuwar. Zanurzył się w nie po pas i zniknął na chwilę wśród gęstwiny, jednak zaraz wyprowadził stamtąd małą łódź. 

     - Nie potrafię już wiosłować tak sprawnie jak kiedyś. Wsiądź i zawieź mnie do środka jeziora, synu. Dziękuję. - To powiedziawszy wsiadł do łodzi i zaczekał na Maurosa. Ten wszedł do łodzi i niepewnie chwycił wiosła. Zaczął powoli wiosłować, jakby chciał zwlec zbliżeniu się do środka jeziora.
     - Mistrzu, czy Ty... Czy Ty zamierzasz odejść...? - Po policzkach chłopca popłynęły łzy. Mimo tego wiosłował bez ustanku.
     - Tak, synu, na każdego przychodzi czas. Jednak nie martw się tym, bo odchodzę szczęśliwym. Żegnaj więc, mój synu. - Łódź była już u środka jeziora, gdzie znajdowało się niewielkie skupisko liści wodnych. Randraug ujął głowę Maurosa i ucałował jego czoło.
     - Więc... Żegnaj. Żegnaj, ojcze.

     Randraug postawił bose nogi na liściach. To, że liście utrzymały go nie wydało się chłopcu dziwne. Tak musiało być. Wypowiedział ostatnie cztery słowa. Więc tu się spotykamy. Ułożył się, jego oczy zgasły, ustał oddech. Obok niego otwarł się kwiat lotosu, którego blask był silniejszy niż cokolwiek innego, a mimo to nie ranił oczu. Nim chłopiec się spostrzegł, klęczał na białej posadzce. Taki oto Tabriel sprawiła swojemu ukochanemu pochówek, tak powstała Świątynia Lotosu.