Justyna Wieczorek - Melodia Życia

melodiaycia_rphthx





Jak to jest, że czasem, kochamy tych, którzych nie powinniśmy, którzy moga przynieść nam tylko ból i cierpienie? Jak to jest, że nie potrafimy nakazać sercu kogo kochać, a kogo nienawidzić? I wreszcie dlaczego prawie każda książka ma szczęśliwe zakończenie, podczas gdy w życiu codziennym nie jest tak kolorowo? Może odpowiedzi na te pytania przyjdą same. A moze nie. Któż to wie?

Wysłuchajcie teraz, drodzi czytelnicy historii, która być może wstrząśnie Wami do głębi, a może tylko zachowa się na kilka dni w zakamarkach umysłu. Historii o miłości, która potrafi wszystko; o przeznaczeniu, które bywa największym zdrajcą, historii dwójki nastolatków, którzy dla siebie nawzajem są w stanie poświęcić wszystko. Czy uda im się być razem, gdy cały świat jest przeciwko?
 
Miłość to ogień
w chłodną, wiosenną noc.
To zimny wiatr
w dniu gorącego lata.
To szczęście i przyszłość,
przekleństwo i próba.
To moja i Twoja nadzieja
na lepsze dni,
piękniejsze chwile,
słodkie sny.
Kochac to znaczy móc zrobić wszystko,
móc wszystko stracić.

Była samotna. Bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej, bardziej samotna niż pustynne ścieżki, niż samotne wzniesienie pośród niekończących się równin. Dziewczyna, może siedemnastoletnia o sięgających pasa, mieniących się w zachodzącym słońcu brązowych włosach, siedziała nad wodospadem, spadającym kaskadami w dół na kilkanaście metrów. Moczyła nogi w wartkiej, zimnej niczym lód wodzie, a wiatr rozwiewał jej włosy, wplatając w nie tańczące wszędzie złote liście, opadające z drzew. Czuła się dziwnie pusta i odległa, jak gdyby nie była sobą, jakby utraciła tą część człowieczeństwa, która składała się na jej jesterstwo, na nią samą. Tamtego dnia coś w niej umarło, odeszło, zniknęło. Na zawsze.

Mocniejszy podmuch wiatru obudził ją z zadumy. Rozejrzała się wokoło i westchnęła przeciągle. Siedziała w królewskim ogrodzie, na jeden ze zniszczonych ławek w sporym oddaleniu od częściej uczęszczanych ścieżek. Nad nią wznosiły się stare dęby wyciągające swe konary do zasnutego chmurami nieba, a klomby kwiatów, nieco już zarośnięte porażały swymi pięknymi kolorami i różnorodnością. 
To był jeden z tych zwykłych, szarych dni, jakie zdarzają się wczesną wiosną i był równie nudny, jak te pozostałe. Ona, jako księżniczka, przyszła następczyni tronu musiała się bardzo wiele uczyć, zachowywać jak dama, dawać innym przykład pięknym wyglądem i nienagannymi manierami. Była zwykłą, pałacową atrakcją. Miała już dość takiego życia. 
Ten dzień był przygotowywany już od tygodnia - jej wielki bal z okazji szesnastych urodzin, ogromne przyjęcie z wystawną kolacją, na które przyjdzie pół królestwa, o północy pokaz ogni i sztuczek magicznych, a później tańce. Wielki dzień dla wielkiego króla, dla wspaniałej rodziny królewskiej, dla niej, przepięknej i uwielbianej księżniczki Wanir. Ale to była tylko gra. Każde jej nienaganne zachowanie, uśmiechy dla wszystkich, zainteresowanie polityką, przymiarki wytwornych strojów i przyjaźnie z arystokracją to nie było nic innego jak udawanie, udawanie, by spełnić marzenia króla o idealnej księżniczce, o idealnej następczyni tronu Wanir, o jego cudownej córce. Ona taka nie była. O nie! To życie niszczyło ją, jej naturę i marzenia, burzyło plany nie pozostawiając wyboru, nie dając możliwości i nadziei. Tak chciała być zwykłą dziewczyną, zwykłym, nic nieznaczącym w społeczeństwie elfem. Ale to życie zadecydowało za nią. Jej rodzice dokonali wyboru, z którym ona godziła się. Do czasu, gdy zjawił się ON.
Przybył nagle. Nikt nie wiedział, kim jest, skąd się wziął, ani dokąd zmierza. Był zwykłym elfem, podróżnikiem, sądząc po jego czarnym płaszczu i wierzchowcu obarczonym kilkoma jukami. Tajemniczym, mrocznym, nieznanym... 

Pierwszy raz spotkali się na ulicy, gdy księżniczka wychodziła na cotygodniowe spotkanie z poddanymi, by pomóc w rozwiązywaniu problemów, rozstrzygać spory i poznawać dzieci arystokratów. Zobaczyła go opartego niedbale o ścianę, dość daleko od niewielkiego podium, na którym przemawiała, zanim ktokolwiek inny zdążył go dostrzec wśród mieszkańców. Ich oczy się spotkały ponad tłumem, świat i czas przestały istnieć. Zdawałoby się, że wszystko zniknęło, a zostali tylko oni, wpatrzeni w siebie, lustrujący się nawzajem wzrokiem, jak dwójka kochanków spotykających się po wielu latach rozłąki. Ale ona go nie znała. Uśmiechnął się do niej i po chwili zniknął za budynkiem. Księżniczka nie mogła się skupić, jej myśli uciekały do niego, do jego elektryzującego spojrzenia błękitnych oczu, pięknego, ale smutnego uśmiechu, tych kruczoczarnych włosów sięgających do ramion i opadających niekiedy na czoło. Gdy wróciła do pałacu raz po raz analizowała całą sytuację, rozmyślała, jak wydostać się z zamku, by go odszukać. Bo musiała to zrobić. Musiała.
Szła ciemną uliczką w kierunku pałacu, towarzyszyły jej cienie i szepty, lekkie podmuchy wiatru muskały jej twarz i bawiły się pojedynczymi kosmykami, które wypadły z ciasnego koka upiętego na czubku głowy. Ktoś szedł za nią, śledził ją, obserwował każdy jej ruch. Instynkt podpowiadał jej to wyraźnie, włoski na karku stanęły dęba, a na czole pojawiły się pierwsze kropelki potu spowodowanego zdenerwowaniem. Skręciła w prawo i puściła się biegiem przed siebie. Przez chwilę nic nie słyszała, ale potem rozległy się niedaleko kroki. Ktoś za nią biegł i musiała przyznać, że był szybki. Na tyle szybki, że ona, jedna z najszybszych w stolicy cały czas słyszała jego coraz zbliżające się kroki. I w końcu ją dopadł. Przewrócili się i poturlali kilka metrów, aż natrafili na wysoki krawężnik, który boleśnie ich zahamował. Rozpoczęła się szamotanina. Księżniczka, ubrana w zwykłe spodnie, koszule i płaszcz miała swobodę ruchu, ale przeciwnik nie dość, że był cięższy i przygniatał ja tym swoim ciężarem, to był szybszy i zwinniejszy, gdyż nie potrafiła się mu wyrwać. Po kilku minutach szarpania się, gryzienia i kopania dalej tkwiła w jego uścisku, bezradna. Zastanowiła się nad możliwością ucieczki, ale od chwili pojawienia się tej myśli przyszła też druga - musiałaby go zranić i to dość porządnie, albo nawet zabić. Uścisk nieco się rozluźnił i wykorzystała tę chwilę by wyciągnąć szybko sztylet przypasany do pasa i odwrócić się do niego. Jej oczy rozwarły się ze zdziwienia, a sztylet prawie wypadł z dłoni. To był ON. Ten nieziemski chłopak, którego widziała podczas obchodu, którego próbowała odszukać, i który teraz leżał na niej uniemożliwiając jej ucieczkę. Elf widząc jej reakcję uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś znacznie piękniejsza niż słyszałem - zaczął bawić się jednym z kosmyków, który wypadł z koka, a ona patrzyła na niego oniemiała.
Nie czuła strachu. Wręcz przeciwnie. Fascynację, zachwyt, ciekawość tak, ale nie strach.
- Oddychaj księżniczko. – Zaśmiał się cicho. Jego śmiech brzęczał w jej uszach jak najpiękniejsza muzyka, jak miliony cichych dzwonków delikatnie pobrzękujących na wietrze.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech zdając sobie sprawę, że wstrzymała powietrze i spróbowała się uśmiechnąć. Chłopak nagle zerwał się i otrzepał swą czystą, dość elegancką szatę i po chwili podał księżniczce dłoń poznaczoną podłużną blizną. Jej skóra zaczęła ją mrowić domagając się jego bliskości.
Dziewczyna skorzystała z pomocy i wstała nieco chwiejnie, obolała po turlaniu się. Na szczęście jej płaszcz nie ucierpiał zbytnio, był tylko trochę zakurzony.
- Jestem Mexarius – ukłonił się. – To zaszczyt mi cię poznać, Cerxino.
Elfka przyjrzała mu się uważnie. Był o głowę wyższy, miał szerokie bary i mięśnie ze stali, które dość długo utrzymywały ją w uścisku.
- Dlaczego mnie goniłeś?
Wzruszył nonszalancko ramionami wkładając ręce do kieszeni płaszcza.
- Bo zaczęłaś uciekać.
- Więc dlaczego mnie śledziłeś? – spojrzała mu w oczy spod przymrużonych powiek nie dając za wygraną.
- To ty próbowałaś mnie znaleźć.
- Skąd...? – rumieniec wypłynął jej na policzki i spuściła wzrok.
- Nie mogłaś mi się oprzeć. Tak bardzo cię zafascynowałem, że postanowiłaś mnie odnaleźć, przez co uciekłaś z pałacu w środku nocy, gdy wszyscy słodko śpią i sama włóczysz się po ulicach. – Uśmiechnął się widząc jej zmieszaną minę. – Wiesz, że ktoś mógł cię napaść?
- Ty napadłeś – stwierdziła bojowo.
- Ja?
- No tak, ty – spojrzała na niego nieśmiało, cofając się o krok.
Uśmiech od razu zniknął z twarzy Mexariusa i podszedł on do księżniczki.
- Nie powinnaś się mnie bać.
- Dlaczego?
- Bo gdybym chciał cię zabić, już byś nie żyła.
Zapadła cisza, niezręczna i ciężka, wręcz namacalna, gdy oni zaczęli mierzyć się wzrokiem, a proste i oczywiste stwierdzenie chłopaka mroziło powietrze wokół. On mroczny, ona jaśniejąca, on wysoki, ona niska, on pewny siebie, ona z każdą chwilą coraz bardziej pełna wątpliwości. Każde z nich było przeciwieństwem tego drugiego.
- Ale żyjesz i powinnaś wracać do domu – uśmiechnął się ponownie odsłaniając rząd idealnie białych i równych zębów. – Pozwól, że cię odprowadzę.
Podał jej ramię, jak winni zachowywać się dżentelmeni, a ona z wahaniem wsunęła w nie dłoń i ruszyli przed siebie.
Cerxina była pełna pytań, chciała się wszystkiego o nim dowiedzieć, ale nie odważyła się przerwać milczenia, które mimo wszystko nie było krępujące.
Po paru minutach doszli do zamku i Mexarius pocałował elfkę w policzek, poczym szybkim krokiem oddalił się w przeciwnym kierunku zakładając kaptur płaszcza na głowę.
Dziewczyna po chwili zniknęła za bramą, by juz niedługo znaleźć się w swej komnacie i szykować do snu.


***
 
Dni mijały nieznośnie powoli wypełnionymi myślami o nieznajomym, którego imię brzmiało jak śpiew słowika – Mexarius. Elfka spędzała każdą wolną od przygotowań do balu chwilę na spacerach po ogrodzie i, gdy tylko było to możliwe na chodzeniu po mieście. Wciąż miała nadzieję, że on jest prawdziwy, że to nie był tylko sen, że jeszcze go zobaczy. Ale ten dzień jak na złość nie chciał nadejść.
Cerxina stała w swojej komnacie czekając na swoją służkę, by ta pomogła jej ubrać wystawną suknię przygotowaną specjalnie na bal. To miał być jej wieczór, przygotowywany od miesięcy miał być największą imprezą od czasu ślubu króla z królową prawie sto lat temu. Wszystko dopięte na ostatni guzik, jedzenie przygotowane, muzyka już rozbrzmiewała w pałacu mając swoje źródło w Sali Balowej. 
Gdy przybyła służka Cerxina była myślami w swoim ulubionym miejscu, gdzie dla niej cały świat przestawał istnieć. Tak bardzo chciałaby teraz tam się znaleźć, z dala od tego zgiełku przygotowań i samego balu. Ale nie mogła. Jej przeznaczenie wypisane w gwiazdach w dniu narodzin było inne, bardziej chwalebne i wielkie. Służka pomogła jej się ubrać, umalowała ja lekko i spięła włosy w wytworny i zarazem bardzo wymyślny kok nad szyją. Kilka kosmyków zwisało luźno po bokach twarzy dając fryzurze więcej młodzieńczego wyglądu. 
Po ostatnim spojrzeniu w lustro Cerxina ruszyła na salę, pokonując po drodze wijące się korytarze, w których na ścianach wisiały portrety jej przodków i kamienne schody wyłożone miękkim dywanem. Gdy przez masywne, dębowe drzwi wkroczyła do Sali umilkły wszystkie rozmowy zebranych już gości i umilkła nawet delikatna muzyka wypływająca ze skrzypiec. Wszystkie oczy skierowały się na księżniczkę podziwiając jej urodę i wspaniały strój. Suknia była jasno brązowa i połyskiwała złotem, gorset mocno ściągnięty idealnie podkreślał talię elfki, a dolna część ułożona faliście aż do ziemi, doskonale wykończona uzupełniona była o złote nici, z których wyhaftowane były wymyślne kwiaty.
Król podszedł do Cerxiny i z uśmiechem zapiął jej na szyi złoty łańcuszek z wisiorkiem wspaniałej lilii. Dziewczyna uśmiechnęła się i ponownie rozgorzała zabawa. Elfka chodziła pomiędzy gośćmi zabawiając ich żartami, a w razie potrzeby dyskutując zaciekle, by obronić swoje zdanie. Minęła godzina, kolejna, a gości wciąż przybywało. Ustrojona na biało sala z pięknym witrażem zamiast sufitu zaczynała pękać w szwach. Służba rozpoczęła donoszenie krzeseł dla nowoprzybyłych, by wszyscy razem mogli zjeść kolację, którą kelnerzy zaczęli znosić na stoły. 
Cerxina usiadła na swoim miejscu obok rodziców i ważniejszych arystokratów, by w spokoju zjeść posiłek, jednak jej wzrok przyciągnęły znajome, błękitne oczy wpatrujące się w nią z intensywnością i smutkiem. „On tu jest” przeszło jej przez głowę, jednak musiała wytrwać na miejscu. Podczas kolacji siedziała jak na szpilkach, błagając w myślach, by przestano nosić już jedzenie i by mogła wreszcie pójść porozmawiać z Mexariusem.
Gdy wreszcie posiłek dobiegł końca i rozpoczęły się tańce, szybko wstała i ruszyła do miejsca, gdzie go wcześniej widziała. Zanim jednak tam doszła, czyjaś dłoń chwyciła jej ramię. Elfka uśmiechnęła się i odwróciła , jednak nie był to jej tajemniczy chłopak, tylko jeden z doradców jej ojca.
- Czy mogę prosić? – skłonił się nisko.
Dziewczyna nie mogła odmówić, bo mogłoby to zastać poczytane jako niestosowanie się do panujących zwyczajów i zasad. Podała więc mu rękę i rozpoczęli taniec.
Po którejś z kolei zmianie partnera, zmęczona i przygnębiona była myślami bardzo daleko, gdy nagle skóra zaczęła ją przyjemnie mrowić, a silna ręka przyciągnęła ją bliżej siebie. Spojrzała w górę i ujrzała smutne oczy Mexariusa i jego zniewalający uśmiech. Miał na sobie czarny smoking i śnieżnobiałą koszulę. Wyglądał mrocznie z tą czernią włosów i ubrań, ale był niesamowicie przystojny i najwyraźniej sam również o tym wiedział.
- Tęskniłaś? – szepnął jej do ucha nachylając się lekko.
Nim zdążyła odpowiedzieć orkiestra zmieniła repertuar i na sali rozległy się pierwsze dźwięki walca w dość szybkim tempie. Cerxina ożywiona spotkaniem patrzyła na swojego partnera i uśmiechała się lekko, on zaś miał nieodgadniony wyraz twarzy, jednak oczy wyrażały cierpienie. Wirowali w rytm walca, a wszystkie spojrzenia obecnych były skierowane na nich, śledząc z zazdrością każdy ich ruch. Młode elfki, córki arystokratów zawistnie patrzyły na dziewczynę i wzdychały w kierunku Mexariusa. Patrzyli na siebie, a świat przestał istnieć, czas się dla nich zatrzymał na tej jednej, niesamowitej chwili tak, jak podczas ich pierwszego spotkania. Gdy taniec się skończył chłopak poprowadził Cerxinę z dumnie podniesioną głową poprzez salę do ogrodu. Usiedli na ławce w najdalszym kącie, blisko siebie i przez chwilę oboje obserwowali gwiazdy i ich magiczne migotanie. Z oddali słychać było łagodną muzykę dobiegająca z przyjęcia i wycie wilków, gdyż srebrzysta tarcza księżyca w pełni wznosiła się na niebie.
- Czyż noc nie jest piękna? Taka spokojna, cicha i jednocześnie pełna dźwięków i doznań – szepnęła rozmarzona Cerxina.
- Piękna? A kiedy ona cię kochać przestanie, zobaczysz noc w środku dnia. 
- Noc w środku dnia? O czym ty mówisz? – zdziwiona spojrzała na niego.
- Są tacy, co nie potrzebują nocy. Ciemność z nich promieniuje – uśmiechnął się do niej smutno.
- Dlaczego mówisz zagadkami? Dlaczego nie powiesz mi tego, co chcesz powiedzieć, tak po prostu?
- Dlaczego, gdy wyjawisz tajemnicę, jej magia znika? 
- Odpowiadasz pytaniem na pytanie – syknęła oburzona, ale zafascynowana – a to żadna odpowiedź!
Zaśmiał się cicho i chwycił ją za rękę.
- Lecz choćby oczy jej były na niebie, a owe gwiazdy w oprawie jej oczu, blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy – przerwał na chwilę. – Wiesz, że jesteś piękna?
- A ty uparty! – odcięła się z trudem zmuszając swoje ciało, do wyrwania ręki z jego uścisku.
- Ranisz me serce piękna pani! – chwycił się za klatkę piersiową i popatrzył na nią z udawanym przerażeniem, na co Cerxina wybuchnęła śmiechem, a z oka opłynęła jej łza szczęścia. Już jakiś czas temu zapomniała, jak brzmi jej śmiech. On odkrył go na nowo.
Czuła się przy nim swobodnie, jak gdyby znali się już wcześniej, albo byli bardzo dobrymi przyjaciółmi. Mexarius rozpromienił się widząc jej uśmiech.
- O ileż lepiej płakać z radości, niż znajdować radość w płaczu! I wiesz – wstał i wyprostował się dumnie – Konia! Konia! Królestwo za konia! 
- Cii... bo jeszcze ktoś usłyszy! – uciszyła jego wrzaski wstając i przykładając swoją dłoń do jego ust. – Chyba nie chcesz narobić mi kłopotów?
- Nie. – Zabrał jej dłoń. – Chciałem cię rozśmieszyć, bo twój śmiech brzmi jak śpiew wolnego słowika, który zaraz po obudzeniu uracza świat swoją piękną pieśnią.
- Dlaczego mówisz, jakbyś był z innej epoki? Ile właściwie masz lat?
- Dlaczego o to pytasz? – podniósł prawą brew w górę. – Tak bardzo ci się podobam, księżniczko?
Parsknęła i pokręciła głową, po chwili podnosząc wzrok na niego. Był poważny i skupiony, a Cerxina postanowiła zignorować jego pytanie. Było zbyt osobiste i zadał je żartując, zapewne więc tylko się z nią bawił w jakąś głupią gierkę. Musiała tylko się dowiedzieć jaką.
- Więc mi nie odpowiesz? – oparła ręce na bokach i spojrzała na niego z wyzwaniem malującym się w jej miodowych oczach.
- Jak fale morskie ku piaszczystym brzegom, tak nasze chwile dążą ku końcowi. Muszę iść – przeniósł wzrok na nią i uśmiechnął się smutno. – Mam dziewiętnaście lat, a ty naprawdę cudownie wyglądasz w tej sukni – jeszcze raz omiótł ją spojrzeniem, po czym z trudem odwrócił się i ruszył spiesznie wzdłuż równo przystrzyżonego żywopłotu w stronę bramy pałacowej.
- Zobaczymy się jeszcze? – zawołała za nim, po chwili jednak przeklinając swoją głupotę.
Mexarius odwrócił się do niej i ze śmiertelnie poważna miną powiedział:
- Oczywiście, księżniczko. – Skłonił się i zniknął za ogromnym drzewem.
Cerxina stała niepewna, co dalej, z wzrokiem wbitym w drzewo, za którym zniknął elf. Wiedziała, że powinna wracać, ale nie potrafiła się przemóc, by stąd odejść i znów całymi dniami czekać jego przyjścia, mieć nadzieje, że go zobaczy, a stojąc tu miała przynajmniej silne poczucie jego obecności. W tej chwili zrozumiała, że go potrzebuje, jak powietrza. Dziś znów się śmiała, naprawdę śmiała. Dzięki niemu.
 
***
 
Mijał dzień za dniem, a po Mexariusie zostało już tylko blaknące wspomnienie i niejasne uczucie porzucenia. Cerxina przychodziła do ogrodu, siadała na ławce i czytała poezje, której fragmentami chłopak podczas ostatniego spotkania ją zasypywał wywołując jej śmiech. Tęskniła za nim.
Pewnego dnia zdenerwowana z powodu kolejnej sprzeczki z ojcem wybiegła do ogrodu podtrzymując suknie. Rozpuszczone włosy wpadały do oczu i ust, ale nie odgarniała ich, tylko parła naprzód do swojego zakątka. Poszło o jej zachowanie. Kłótnia, miała jej uświadomić, że jest tylko i jednocześnie aż księżniczką i że powinna się interesować sprawami państwa, a nie wiecznie siedzieć w ogrodzie odcięta od świata. Król-ojciec był zły na nią od dnia balu, gdy tańczyła, a potem zniknęła z nieznajomym. Zabronił jej spotkań z nim i ustawił dodatkowe straże przy bramach pałacowych, by ona nie mogła wyjść niezauważona, a on nie mógł wśliznąć się do środka. Król chciał być panem sytuacji. I jak na razie się mu to udawało.
Parła uparcie naprzód pokonując kolejne alejki, mijając drzewa, a z oczu ciekły łzy bólu i rozczarowania. Opadła na starą ławkę, która zapewne pamiętała jeszcze jej śmiech sprzed dwóch tygodni i schowała twarz w dłoniach łkając cicho.
- Jak tak piękna dziewczyna jak ty może płakać? Cóż jest przyczyną twego bólu, o pani? – znajomy głos rozbrzmiał blisko jej ucha w tym samym czasie, gdy ławka wygięła się lekko pod nowym ciężarem. 
Cerxina podniosła wzrok w górę i napotkała wypełnione smutkiem i troską błękitne oczy. Pociągnęła żałośnie nosem, a Mexarius uniósł swą dłoń do jej twarzy i delikatnie starł jej łzy i założył włosy za ucho, na co ona zareagowała przyjemnym dreszczem.
- Proszę nie płacz... – szepnął łagodnie i przygarnął ją do siebie zamykając w uścisku. Zanurzył nos w jej włosach i powoli odetchnął, jakby dopiero teraz mógł spokojnie oddychać i żyć. - Nie podawaj się rozpaczy. Życie nie jest ani lepsze, ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko zupełnie inne.
- Wiem – wyszeptała do jego koszuli, która już przemoczyła się od jej łez. – Ale moje jest beznadziejne.
- Nieprawda. Masz wszystko, czego elf może zapragnąć. Masz rodzinę, pieniądze, przyjaciół...
- Ale nie mam szczęścia – przerwała mu. – Ani miłości. Jestem samotna mimo tych wszystkich, którzy mnie otaczają, mimo iż mam rodzinę. Wydaje się, że mam wszystko komuś, kto dba tylko o rzeczy materialne – wzięła głęboki oddech. Musi komuś powiedzieć to, co gryzło ją już od kilku lat. – Ja nie mam nic. Jestem tylko księżniczką, która musi robić to, co inni jej każą, jestem pałacową atrakcją, jestem możliwością do wkupienia się w łaski króla, lub stracenia ich, możliwością do poprawy warunków życia. Tylko dziewczyną, którą wszyscy chcą poznać, którą wszyscy podziwiają, ale nic o niej nie wiedzą,– popłynęły kolejne łzy – której losem interesują się tylko po to, by mogła kiedyś zasiąść na tronie i poprowadzić ich do chwały. Jestem dla nich przepustką do lepszego życia, a nawet do władzy. Ale nie jestem z tego powodu szczęśliwa. Wolałabym być nikim, zarabiać na życie poprzez uczciwą pracę i lojalność. Być wolną, pozbawioną zobowiązań, bez zaplanowanej i dopiętej na ostatni guzik przyszłości... Być prawdziwą Cerxiną.
- Więc dlaczego wciąż tu jesteś? Dlaczego się nie postawisz i nie zawalczysz o swoje? – podniósł jej podbródek, by spojrzeć w jej oczy. –Dlaczego poświęcasz się dla ludzi, choć nic za to nie dostajesz w zamian?
- Bo tak trzeba – spuściła wzrok. – To moje przeznaczenie.
Pokręcił szybko głową i wstał nerwowo bawiąc się dłońmi.
- To nie tak. Przeznaczenie nie jest jednoznacznie określone. Możemy w nie ingerować, zmieniać je. Przeznaczeniem jest to... to czym się kierujemy, do czego dążymy. Jeżeli będziesz chciała zostać królową to nią zostaniesz. Nie dlatego, że to twoje przeznaczenie. – Zatrzymał się i spojrzała na nią upewniając się, że go słucha. Dziewczyna patrzyła na niego z nadzieją i czymś więcej, co mogło zniszczyć ich oboje, lecz on to zignorował. – Dlatego, że kiedy będziesz do tego dążyć, tego pragnąć z całych sił, to się to ziści. Przeznaczenie to przyszłość. A my nie wiemy, co się stanie jutro, pojutrze, czy za rok. Wiemy tylko, co jest TERAZ i to, co było. Rozumiesz, o co mi chodzi? Twoje życie jest w twoich rękach. Tylko nie możesz się poddać.
Księżniczka westchnęła głośno.
- Mówisz, jak artysta wyjęty z powieści, jak ktoś, kto wie o tym świecie, o życiu więcej niż inni. Ja znam swoje przeznaczenie. Mówisz, że mogę je zmienić. A jeżeli cena będzie za wysoka? – wstała i podeszła do niego. - Co, jeżeli, by zmienić przeznaczenie będę musiała zaprzepaścić siebie, stać się kimś innym i odciąć się od korzeni?
- Nie...
- A jakie jest twoje przeznaczenie? – przerwała wstając i podnosząc dumnie głowę, by spojrzeć mu w oczy, przypominające niebo wczesnym latem; lekko zamglone.
- Moje? A po co ci to wiedzieć? 
- Jeżeli tobie się uda je zmienić, ja również tego dokonam. Ale nie wierzę w to, co powiedziałeś. Daj mi dowód, dowód na to, że mogę zostać kimś innym, że mogę zmienić przyszłość. 
Mówiła z pasją. Żar i nadzieja - bezgraniczna i naiwna malowały się w jej miodowych oczach. Chciała mu wierzyć, chciała zostać naprawdę wolna, móc decydować o swoim życiu. Ale czy on wiedział, jaką cenę będzie musiała za to zapłacić, ile poświęcić? I czy w ogóle to było możliwe i tego warte? Czy można zmienić przyszłość?
Mexarius pochylił się, by ją pocałować i Cerxina zamknęła oczy czekając na muśnięcie jego warg. Jego usta zawisnęły na ułamek sekundy, na centymetr od jej ust, po czym cofnął się gwałtownie, przeczesując włosy dłonią. 
- Co ja robię? – szeptał chodząc w kółko.
Dziewczyna patrzyła na niego zdezorientowana i przygnębiona. Odtrącił ją, gdy ona potrzebowała jego bliskości i wsparcia. Łzy zaczęły płynąć z jej oczu zostawiając mokre ślady na gładkich i zaróżowionych od wstydu policzkach. Jakże była naiwna! Pogładziła dłońmi suknię i ruszyła spiesznie w stronę zamku z postanowieniem, że wyrzuci go z pamięci, że zapomni o nim i wszystkich razem spędzonych z nim chwilach. Bo jak można zakochać się w kimś, kogo się w ogóle nie zna?
- Czekaj! – zawołał za nią. – Nie odchodź!
Podbiegł do niej i chwycił ją za rękę odwracając do siebie. Był smutny i przygnębiony tak, jak ona.
- Dlaczego? – załkała – dlaczego dajesz mi nadzieję odbierając ją w taki sposób? Skąd się tu wziąłeś i czego ode mnie chcesz? – głos jej się załamał, lecz odepchnęła go.– Dlaczego?
- Cerxino ja nie mogę!
- Czego nie możesz? Powiedź mi coś! Coś oprócz niejasnych zagadek i półsłówek!
- Po prostu nie mogę – spuścił głowę niepewny, co dalej. – Przepraszam – wyszeptał po chwili ledwie słyszalnym głosem tak smutnym, że nawet drzewa przygięły się podzielając jego stan ducha, opłakując słowa, od których już nie było odwrotu.
- Nie możesz. No tak. – Odwróciła się i nie oglądając za siebie ruszyła do zamku wściekła i pełna rozpaczy, by wykonywać swoje obowiązki i zapomnieć. Zapomnieć o NIM.

 
***


Minął tydzień wypełniony codziennymi obowiązkami i czynnościami, pełny smutku, lecz także determinacji. BY ZAPOMNIEĆ. Jednak mimo wszystkich starań, mimo dodatkowych zajęć i nauki władania mieczem, myśl o pięknym elfie powracała codziennie i nieustannie, z coraz to nową siłą. Jakby nie chciała zostać zapomniana, jakby to wspomnienie musiało pozostać żywe. Wspomnienie niedoszłego pocałunku.
Minął drugi tydzień, aż pewnego dnia promienie słońca wpadały do pokoju dziewczyny przez zasłony, które ktoś rozchylił. Ale kto miał prawo to zrobić?
Cerxina przebudziła się obolała i wykończona po wczorajszej nauce władania mieczem, który mimo, iż był bronią skuteczną, był ciężki i nadwerężał jej mięśnie. Dziewczyna otworzyła oczy i przez przymknięte powieki rozejrzała się po pokoju. Na fotelu pod oknem, czytając książkę siedział młody chłopak, którego Cerxina znała, albo raczej pamiętała aż nazbyt dobrze. 
- Co ty tutaj robisz? – zapytała cicho, gdy już zdołała oderwać wzrok od jego lśniących w słońcu włosów i czerwonych ust.
Na dźwięk jej głosu podniósł głowę do góry, uśmiechnął się i ruszył w jej kierunku, trzymając w ręku książkę.
- Jak spałaś księżniczko? – zapytał przysiadając na brzegu łóżka, a gdy ona odsunęła się od niego jak rażona gromem, podciągając kołdrę pod brodę spochmurniał.
- Co tu robisz? 
Smutek pojawił się w jego oczach, gdy usłyszał jej zimny i pełen dystansu głos.
- Siedzę i czytam – odpowiedział spokojnie. 
- To nie odpowiedź - rzuciła z przekąsem. - Po co tu przyszedłeś? 
Zawahał się przez chwilę i spojrzał jej w oczy.
- Chciałem cię zobaczyć – powiedział szczerze, bez owijania w bawełnę, bez zbędnych zagadek i gier. – Tęskniłem.
Wreszcie przyznał się do tego, klamka zapadła. Zakochał się w niej bez pamięci, po drodze tracąc zdrowy rozsądek. Teraz stawka była znacznie większa, a on musiał wiedzieć, co ona do niego czuje, by móc ją chronić. Zbyt długo zwlekał, a mogło być już za późno. Przyszedł, by ją zobaczyć, ale musiał teraz znaleźć siłę, by to zakończyć.
Jej wyraz twarzy zmięknął, stał się bardziej łagodny, a jej napięte mięśnie rozluźniły się. Westchnęła z ulgą, aż w jego sercu pojawiła się głupia nadzieja, a całe postanowienie zerwania ulotniło się, jakby w ogóle taka myśl nie miała miejsca.
- Ja... też tęskniłam – zaczerwieniła się lekko.
Niepewnie wyciągnął dłoń w jej kierunku. Tak bardzo chciał dotknąć jej policzka, zanurzyć nos we włosach, ale bał się, że teraz to ona go odrzuci. 
Cerxina nachyliła się lekko, a gdy jego dłoń spoczęła na jej policzku uśmiechnęła się nieśmiało, na co Mexarius również odpowiedział uśmiechem gładząc ją kciukiem po policzku. Ona też go kochała. Jakże pocieszająca była ta świadomość!
Nachylił się do niej i splótł dłonie na jej karku, przyciągając ją do siebie, by nareszcie zrobić to, co powinien był uczynić tamtego nieszczęsnego wieczoru. Pocałował ją, najpierw nieśmiało, później coraz intensywniej. Dziewczyna całkowicie się mu poddała, dała się ponieść uczuciom gładząc jego plecy. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Cerx i Mexarius odskoczyli od siebie natychmiast i chłopak chciał schować się do szafy, jednak dziewczyna mu na to nie pozwoliła wskazując miejsce pod łóżkiem.
Drzwi otworzyły się w chwili, gdy noga Mexariusa zdążyła zniknąć pod narzutą dotykającą ziemi. Król wszedł do pokoju i rozejrzał się uważnie.
- Dzień dobry córko.
- Witaj ojcze – przywitali się oficjalnie, bez tego dawnego ciepła, które od jakiegoś czasu zaczęło pomiędzy nimi zanikać.
- Dobrze, że nie śpisz, przynajmniej nie musze cię budzić – uśmiechnął się cierpko. 
Coś było nie tak. Cerxina zadrżała.
- Obudziłam się wcześniej. Ojcze, co się stało?
- Od czego mam zacząć? – westchnął. – Dowiedzieliśmy się, że Warriok wysłał kogoś, by cię zgładzić. Nie wiem, kto to, jednak musze cię ostrzec. Nie wszyscy, którzy podają się za przyjaciół naprawdę nimi są.
Cerxina kiwnęła głową zastanawiając się, co przez to chciał powiedzieć król. Przecież ona praktycznie nie miała przyjaciół. Ojciec przyglądał sie jej uważnie przez chwilę po czum westchnął i podrapał sie w głowę.
- Muszę wracać do obowiązków – rzekł i wyszedł pospiesznie zamykając za sobą drzwi.
Dziewczyna siedziała niepewna, co dalej, gdy spod łóżka wygramolił się Mexarius z męczeńską miną. Taki piękny chłopak, a jednak prawie zawsze smutny, nie licząc chwil spędzonych z Cerxiną na cytowaniu poezji i radości z jej uśmiechu. Podszedł do niej i przyciągnął ją do siebie zamykając w uścisku. Dziewczyna z westchnieniem ulgi położyła głowę na jego piersi i przymknęła oczy.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, co teraz będzie się działo – zaczęła cicho.
Zmarszczył brwi.
- Dlaczego? Bo jestem tu z tobą? Przecież nikt nie wie.
- Nie – zaśmiała się cicho. - Dlatego, że Warriok wysłał zabójcę. Całe królestwo będzie stawać na głowie, by mnie chronić.
- Przecież to dobrze. Chcą twojego dobra.
- Tak, ale... – zawahała się. – Nie będę mogła się z tobą widywać.
- Coś wymyślimy – pocałował ją w czoło. – Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi.
- Chciałabym, ale nic o tobie nie wiem – westchnęła zrezygnowana. – Opowiedz mi o dzieciństwie i swojej rodzinie.
Zmarszczył czoło i spochmurniał. Cerxina wyczuła, że zesztywniał, ale nie mogła odpuścić i być całkowicie pozbawiona wiadomości o nim. Musiał jej coś wyjawić.
- Proszę...
- Och, Cerx – dał za wygraną. - Nie mam rodziny. Wychowywał mnie wuj, a gdy osiągnąłem pełnoletność zacząłem podróżować.
- A twoi rodzice?
- Nie żyją – był smutny, ale i nerwowy, choć nie było po nim tego widać dłoń położona na plecach dziewczyny drżała.
- Przykro mi.
- Zmieńmy temat – wtulił twarz w jej włosy.
- Wiec powiedź mi, gdzie podróżowałeś? - zagadnęła cicho Cerxina.
- Poprzez góry i doliny, poprzez wody rzek czystych, przez szumiące trawy wielkiej równiny do domu mej ukochanej dziewczyny – zaśmiał się cicho. – Noo... można tak to ująć.
- Mój ty poeto – zachichotała. 
Uwielbiała przebywać w jego towarzystwie, choć prawie nic o nim nie wiedziała, to była zakochana po uszy.
Siedzieli razem bardzo długo rozmawiając o wszystkim, lub po prostu ciesząc się swoją obecnością, bo w końcu nie często się widywali, a księżniczka nie mogła przesiedzieć całego dnia w pokoju. Mexarius westchnął przeciągle i odsunął się od Cerxiny.
- Wiesz, że muszę już iść? – zapytał patrząc jej w oczy. – Nasz czas dobiegł końca.
- Wiem – szepnęła.
- Obiecuję ci, że jeszcze nie raz się zobaczymy. Znajdę cię, gdziekolwiek byś była. – Pocałował ją i wstał.
- A jak wyjdziesz? – zapytała przerażona. Gdy pokaże się w zamku aresztują go.
- Tak, jak wszedłem – wskazał na zasłony. – Przez okno. Proszę,o nic więcej nie pytaj. Nauczę cię kiedyś to sama się przekonasz. 
Cerxina kiwnęła głową i obserwowała płynne ruchy Mexariusa, który po ostatnim uśmiechu przeznaczonym do księżniczki zniknął za oknem.
 
***

Wiatr bawił się rozpuszczonymi włosami księżniczki siedzącej na swojej ulubionej ławce w ogrodzie, czytającej opasły tom poezji. Westchnęła i przeciągnęła się. Po chwili podniosła wzrok i rozejrzała się dookoła z uśmiechem wymalowanym na twarzy. Dziś wieczorem znów się zobaczą. Nie przeszkadzała jej nawet obecność strażnika, który stał zaraz za nią i bacznie obserwował teren, a także jej ruchy i na pewno nie uszło jego uwadze jej zachowanie i pełne napięcia wyczekiwanie.
Wstała i zabrawszy swój tom poezji ruszyła na przechadzkę po ogrodzie. Myślała o tym, co sobie z Mexariusem powiedzieli, a czego jeszcze nie i nie mogła się już doczekać. 
W ogrodzie przez cały rok kwitły różnobarwne kwiaty, posadzone w klombach według tylko ogrodnikowi znanego schematu. Za sprawą magii drzewa tutaj nie gubiły liści na zimę, trawa była zawsze zielona, a nawet śnieg nie padał. Ogród był zamknięty w pewnego rodzaju bańce, która chroniła go przed zmienną pogodą. Wiecznie zielony i świeży porażał swą różnorodnością i kolorami. Cerxina w duchu zawsze dziękowała za to, bo mogła przesiadywać na swej ławce niezależnie od pory roku, ale teraz dopadło ją pragnienie, by w zimnie był tu śnieg i by mogła wraz z Mexariusem przechadzać się ścieżkami zostawiając ślady na miękkim puchu. By mogli trzymać sie za ręce tarzając we śniegu, robiąc anioły na białej pierzynie. Jednak tu śnieg nie padał.
Dziewczyna z głową pełną marzeń ruszyła do zamku, by pobierać kolejne dzisiaj lekcje.
Gdy wreszcie nastał wieczór Cerx była wyczerpana. Padła na łóżko i przez chwilę bezmyślnie głaskała miękką kołdrę rozkoszując się zimnem pościeli na policzku,. Prawie zasypiała ze zmęczenia, oczy jej się kleiły, a mocno upięte włosy wreszcie się poddały i rozsypały miękko po poduszce. Walka mieczem z tak wymagającym instruktorem, jakim jest doradca wojenny jej ojca potrafi nieźle dać w kość. Ręce jej ciążyły, nie chciało jej się nawet przebierać. Westchnęła z zadowoleniem.
Nie minęła jednak minuta, a jaj spokój został zaburzony przez ciche pukanie. Dziewczyna szybko poderwała się z łóżka zapomniawszy o zmęczeniu, a także powoli odchodzących w nicość sennych marzeniach, chwyciła do ręki sztylet, który dostała w zeszłym tygodniu od ojca i powoli ruszyła w stronę okna, za którym panowała już tylko ciemność. Odsunęła bardziej żaluzje i nieśmiało sięgnęła do klamki, która pod wpływem jej dotyku zatrzeszczała lekko. Otwarła okno i szybko odsunęła się gotowa na cios. Zakapturzona postać zwinnie wskoczyła do środka i rozejrzała się wokoło, lecz zamiast atakować ściągnęła pewnym ruchem z kaptur z głowy.
Cerx westchnęła z ulgą i upuściła sztylet w chwili, gdy zerwała się, by przytulić Mexariusa.
- Ale mnie wystraszyłeś! Nie rób tego więcej – powiedziała z głową opartą o jego klatkę piersiową. Wzięła głęboki oddech upajając się jego słodkim zapachem. Pachniał on jak upragniona wolność, las i równiny jednocześnie, jak powiew wiatru znad oceanu.
- Dobrze - zaśmiał się cicho obejmując ją ciaśniej. – Ale nie było innego sposobu. Jesteś dobrze chroniona.
- To dobrze... Cieszę się, że jesteś – odsunęła się od niego, by ująć jego dłoń. – Chodź... – pociągnęła go za sobą, by usiedli na łóżku, jednak on ja zatrzymał.
- Chcę cię czegoś nauczyć – spojrzał jej w oczy – byś mogła się sama bronić. – Gdy Cerxina pokiwała głową kontynuował. – Zapewne zdarzyło ci się słyszeć o magii.
Dziewczyna pobladła i lekko skinęła głową. W jej oczach pojawił się strach. Magię można praktykować tylko i wyłącznie za pozwoleniem króla. Twarde prawo, ale prawo. Przełknęła głośno ślinę spoglądając na ich złączone dłonie.
- Słyszałam nieraz. 
W jej umyśle pojawił obraz młodego człowieka, który został powieszony podczas obchodów dnia Irchis w zeszłym, roku za praktykowanie magii i w dodatku także znajomość zakazanej wiedzy. Jego ciałem, gdy już duch je opuścił bawił się wiatr, który jednocześnie zrywał nakrycia z głów. To był straszny dzień.
- Cerx nie rób takiej miny. Magia to nic złego – pogładził ja po policzku. – Twój ojciec po prostu się jej boi.
Westchnęła cicho i uśmiechnęła się słabo.
- Skoro tak mówisz....
Podniósł jej twarz wyżej, by móc patrzeć jej w oczy i szepnął:
- Ufasz mi?
- Oczywiście – odszepnęła skupiwszy na nim spojrzenie. Wyglądał jak zwykle olśniewająco.
- Więc słuchaj uważnie. Magia nie jest ani dobra, ani zła. To ci, którzy jej używają nadają jej charakter i ją kształtują. – Uśmiechnął się. – Twoje serce jest czyste jak śnieg, jak płatek róży. Wiem, że jesteś dobra i wiem, że ludzie też to wiedzą. I wiem, że nie wykorzystasz magii przeciw innym, tylko w słusznej sprawie. – W jej oczach zagościła niepewność. – Ja w ciebie wierzę, Cerx. Jeżeli nie będziesz chciała to odpuszczę, ale proszę, choć spróbuj. Dla mnie.
Wahała się chwilę spoglądając w okno. Jaki miała wybór? Złamać prawo i ściągnąć na siebie gniew ojca i nauczyć się czegoś, co zawsze było dla niej zagadką i marzeniem, czegoś, co może choć trochę bardziej przybliży ją do wolności lub dalsze udawanie, ze o niczym nie wie i zycie ze świadomością własnego tchórzostwa. Bo tym by sie stała - tchórzem.
- Dobrze – uśmiechnęła się do niego. - Tak.
Mexarius wypuścił głośno powietrze i objął ją. Stali tak przez chwilę w ciszy, bez słów pozwalając sobie na chwilę wolności, na chwilę marzeń. Cerx wdychała jego zapach i drżała za każdym razem, gdy on bawił się jej włosami, by w końcu zanurzyć w nich swój nos.
- Zaczynajmy – powiedział po jakimś czasie i odsunął się od niej z bladym uśmiechem. Na jego twarzy ponownie pojawił się cień i smutek, które nieustannie mu towarzyszyły, jednak ostatnio bardzo rzadko. 
Cerxina badawczo, z pewną dozą strachu i niepewności obserwowała swojego ukochanego, który tłumaczył jej zawiłe zasady rządzące magią. Zaczynała się o niego martwić, ale teraz już na poważnie. Gdy upomniał ją, że go nie słucha, spojrzała na niego z wymuszonym uśmiechem i zepchnęła swoje obawy w najgłębszy zakamarek umysłu, by już następnego dnia nic o nich nie pamiętać.
 
*** 

Prześladowały ją cienie. Mroczne istoty stworzone z mgły i najczarniejszej nocy, gdy księżyc jest niewidoczny. Były wszędzie. Choć w jałowej krainie słońce wstało dawno temu, to promienie nie potrafiły się przebić przez czarną zasłonę, jaką stanowił mrok nad głową dziewczyny. Jednak mimo pozornego braku słońca było gorąco i tak sucho, tak, że gardło paliło żywym ogniem już od pierwszego wdechu. Pewnie właśnie tak czują się skazańcy w piekle – wieczna wędrówka bez odpoczynku i wszechobecny skwar, zamiast wody żółta ciecz, gorzka w smaku. 
Po raz kolejny ta sama pusta kraina i gorące słońce, które nie daje nic prócz mglistego poczucia, że gdzieś tam wysoko jest zawieszone. Ten sam cień nie odstępujący jej na krok, który zaraz przystąpi do ataku. Cerxina skuliła się. Jej suknia była zniszczona, a stopy poranione, jakby to nie był sen tylko rzeczywistość. A może to była śmierć? Może tak właśnie wyglądała?
Dziewczyna schowała twarz w dłoniach próbując wydobyć łzy, które nie chciały nadejść. Spieczone oczy paliły, a struny głosowe prawie straciły możliwość wydobywania jakichkolwiek dźwięków. Minęła godzina, może więcej. Tu czas płynął inaczej, wolniej, każda chwila miała podwójne znaczenie, była bardziej bolesna i trafiała do świadomości prowadząc do szaleństwa. I ta również.
Cerxina zmęczona odwlekaniem tego, co i tak się stanie spojrzała w górę i wstała. Cień skłębił się nad nią, zagotował. Po chwili z jego wnętrza wyszedł człowiek, choć może to złe określenie. To była kreatura nocy budową przypominająca człowieka, jednak zamiast twarzy, czy skóry były czarne włókna cienia, składające się na ziemistą cerę. Zamiast oczu były dwie imitacje gwiazd, zamiast ust ciemna otchłań. Nie można było na nią długo patrzeć, bo mogła wciągnąć do swego wnętrza, pochłonąć dusze. Postać nie miała prawie w ogóle skóry, ani mięśni nie licząc tych na twarzy i na miejscu, gdzie powinny się znajdować dłonie. Gołe kości przykryte były zwiewną tkaniną utkaną z lejącego się materiału, stopy miał bose i zakrwawione, jakby można było je poranić. Na jego dłonie składały się szpony niczym u wielkiego ptaka, choć wyglądem i całą tą czernią promieniującą również z jego wnętrza można go było uznać za bardziej kruka.
Kreatura niespiesznie podeszła do Cerxiny i wydała świszczący oddech podnosząc szpony w górę. Cień wziął zamach, z szaleństwem i bezgraniczną nienawiścią wyzierającymi z jego oczu uderzył z mocą w pierś dziewczyny. Oczy Cerx otwarły się na chwilę szerzej, oddech uwiązł w gardle, a porażający wszystko ból po chwili minął jak za sprawą czarodziejskiej pustki zostawiając za sobą tylko ciemność...
***
 
Cerxina obudziła się z krzykiem przerażenia i bólu. Chwyciła się za bark, który palił jak ogień i bolał jakby był wyrwany ze stawu. Mrugała szybko próbując uzyskać jakikolwiek obraz, ale przed oczami miała tylko czarną otchłań. Śmiertelnie przerażona zaczęła szlochać i opadła na poduszkę przykrywając się aż pod szyję swoją kołdrą. Uroniła tylko jedną łzę - była zbyt przestraszona i odwodniona, by wydobyć z siebie choć kilka kropel więcej, co z pewnością przyniosłoby ulgę. Godzinę leżała niezdolna do ruchu, przybita i zmęczona. Nigdy jej podróż po snach i walka z cieniem nie była aż tak męcząca i nie miała takich skutków. Coś musiało się zdarzyć, albo dopiero się wydarzy, że kreatura nocy pozostawiła po sobie prawie stały ślad. Cerx wiedziała, że jej wzrok wróci, tylko nie wiedziała kiedy. 
Pogrążona w ponurych rozmyślaniach zasnęła niespokojnym snem, w którym widziała Mexariusa, ale nie potrafiła go do siebie przywołać, ani zwrócić jego uwagi, bo cały czas stał tyłem i był zbyt daleko. Znajdowali się w pięknym ogrodzie, gdzie kwiaty wręcz śmiały się radośnie wyciągając się do słońca. Było ciepło, śpiewały ptaki. Prawdziwy raj. Tyko on nie zwracał na nią uwagi Zrezygnowana Cerxina usiadła na podłodze i wtedy on zwrócił swoją twarz w jej stronę. Dziewczyna krzyknęła przerażona wstając szybko i sięgnęła po miecz, który jednak w jednej chwili był u niej przy pasie, a w drugiej znalazł się w jego dłoni. Ale to nie był jej Mexarius, to nie był jej ukochany. Ten chłopak tylko z pozoru wyglądał jak znany jej elf – miał czarne, długie włosy, lecz jego oczy były równie ciemne, jak najgłębsza otchłań nocy. I było w nich szaleństwo i nienawiść. Nienawiść do niej. Mexarius podszedł bliżej, lecz ona cofała się przed nim. Zbyt się bała, a nie miała broni, by móc z nim walczyć. Nie miała nawet na to siły. Chłopak uśmiechnął się do niej lubieżnie, pohłaniajac ją wzrokiem i powiedział głosem przypominającym syk węża:
- Wiedziałem, żee do mnie przzzyjdziesssszz... – wyciągnął do niej rękę. – Więę chodź... – zaśmiał się złowroga, a temperatura gwałtownie spadła.
Sceneria się zmieniła. Zamiast w ogrodzie pełnym kwiatów znaleźli się na pustyni, której nie było widać końca. Słońce świeciło wysoko, promienie miało niewyobrażalnie ciepłe, a wokół szalał gorący wiatr unosząc ze sobą drobiny piasku i uderzając nimi w dziewczynę. Cerxina otwarła oczy ze zdziwienia. Nienawidziła pustyni, od kiedy pierwszy raz przeniosła się do jałowej krainy prawie dwa tygodnie temu. Zadrżała.
- Odejdź – powiedziała do Mexariusa, który wciąż nie był sobą. Starała się, by jej głos nie zabrzmiał drżąco, ale nie potrafiła się opanować.
- Tylko, jeśśśli ty pójdzieszzzz ze mną – postawił warunek, jego oblicze złagodniało. – Chodź ukochana, czas na nasss.
Cerxina już ruszyła w jego kierunku, gdy zdała sobie sprawę, że to tylko gra. Zdradziło go ostatnie słowo, a raczej syk. Rzuciła się do ucieczki, byle dalej od niego i tego koszmaru, gdzie główną rolę zaczynało grać jej przerażenie i powoli, ale boleśnie rozpadające się serce. Biegła do nikąd, bo też nic tu nie było prócz piasku i jego. Nie wiedziała, co ja czeka, jednak wolała nie oglądać się za siebie i mimo, iż nie słyszała za sobą odgłosów stóp, ani oddechu chłopaka wolała biec tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Gdy się nieco zmęczyła zwolniła i odwróciła się do tyłu. Nigdzie go nie było więc westchnęła głośno nabierając dużo powietrza, by wypuścić je powoli dla uspokojenia. Odwróciła się w kierunku, w którym biegła i zobaczyła wykrzywioną nienawiścią twarz Mexariusa. Nie zdążyła nawet krzyknąć, nim sztylet utkwił w jej piersi wysyłając ją z powrotem wraz z bólem i łzami, które dopiero teraz popłynęły obfitym zdrojem, do normalnego świata.
Dziewczyna obudziła się. Był środek nocy, w zamku panowała niesamowita cisza. Cerx westchnęła głośno i otarła oczy zrezygnowana. Wolała nie wiedzieć, jak jutro będzie wyglądać. Wstała chwiejnie i teraz już ledwo widząc, co i tak uznała za poprawę zeszła do kuchni i wypiła trzy kubki wody, po czym niespiesznie ruszyła do swojej komnaty. Po drodze widziała cienie obserwujące ją z kątów i najciemniejszych miejsc. Zadygotała mimo woli i biegiem wpadła do swojego pokoju zatrzaskując drzwi. Położyła się do łóżka zaciskając mocno powieki, by wyciszyć się, ale i zapomnieć. Zaczęła w myślach nucić swoją kołysankę z dzieciństwa i jakimś czasie zasnęła, pierwszy raz tej nocy snem spokojnym i głębokim, jak wędrowiec po długiej podróży. Następnego dnia pamiętała tylko mgliście swój pierwszy, powtarzający się sen o cieniu, a o drugim zupełnie zapomniała, żyjąc w błogiej niewiedzy.
 
***
 
Ziewnęła szeroko wchodząc do komnaty. Zatrzasnęła drzwi i odwróciła się w stronę okna w chwili, gdy dał się słyszeć cichy szmer świadczący o czyjejś obecności. Spojrzała na młodego elfa, a jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech maskujący nawet cienie pod oczami, rozświetlający całą twarz. Chłopak podbiegł do niej i przytulił ją mocno przyciskając do piersi w obronnym geście, jakby miał ją stracić.
- Zawsze mam wrażenie, że usycham, gdy ciebie nie ma – westchnęła tuląc go mocno. – Nawet nie potrafię tego opisać.
- Milna, ja również. – Pocałował ją w czoło. – Dziś cały dzień, albo raczej jego połowa należy do nas. Gotowa na przygodę?- odsunęli się od siebie, by spojrzeć sobie w oczy.
- Gotowa, jeśli ty jesteś gotów – uśmiechnęła się do niego mocniej ściskając jego rękę. – Ruszamy?
Skinął głową i pociągnął ja za sobą do okna. 
- Lewitacja jest bardzo trudna, musisz osiągnąć lepszą kontrolę i mieć więcej mocy, by sama latać, ale dziś to ja cię zabiorę. – Uśmiechnął się do niej lekko. – No to jak, przytulisz mnie wreszcie, czy nie? – powiedział po chwili wyciągając ramiona w jej stronę.
- Może... – uśmiechnęła się tajemniczo.
Mexarius odpowiedział jej westchnieniem i otworzył okno na oścież. Rozejrzał się po podwórku i przykucnął na szerokim parapecie wzywając gestem Cerxinę.
- Choć kochana.
Dziewczyna wdrapała się do niego. Miała wielkie szczęście, że zamiast sukni dziś założyła szaty do treningu, czyli po prostu zwykłe spodnie, lnianą koszulę i gorset. Cerx chwyciła go za rękę, a on przyciągnął ją do siebie.
- Patrz, i ucz się.
I skoczył w dół, by już po chwili pod jego stopami pojawił się niewidzialny dysk wznoszący ich w górę. Mexarius szepnął coś i otoczyła ich mgła na tyle gęsta, by nie było widać ziemi, choć właśnie nad nią lecieli. 
Niedługo chłopak lekko wylądował nad wodospadem, a mgła zniknęła odsłaniając przepiękny widok. Woda spadała kaskadami w dół niekiedy rozchlapując się na skałach, by w słońcu tworzyć piękną tęczę. Drzewa znajdujące się w pobliżu szumiały cicho pod wpływem lekkiego wiatru uginającego trawy, jakby w pokłonach dla księżniczki. Jednak najwspanialsza była wartka rzeka płynąca tuż przy nich, pieszcząca niekiedy swą zimną wodą ich buty, a także stopy. 
Cerxina stała z zachwytem patrząc to w górę na wodospad, to w dół na łąkę pełną różnobarwnych kwiatów. To był raj.
- Cudowne – odwróciła się do Mexariusa i rzuciła mu na szyję. 
Chłopak zaśmiał się i przytulił ją. W oddali ptaki zaczęły swój śpiew, wiatr, jakby pobudzony widokiem dwójki kochanków zaczął bawić się ich szatami i rozwiewać włosy dziewczyny, gwizdał cicho przeczesując trawy w poszukiwaniu swojej miłości.
Cerx wzięła głęboki oddech i szepnęła:
- Kocham cię. 
Podniosła wzrok i napotkała jego oddalone i pełne smutku, zasnute cieniem spojrzenie. Wstąpił w nią strach i obawa, lecz nie wiedziała dlaczego. Miała niejasne poczucie zagrożenia i wrażenie nadchodzącego zła. Zadrżała, lecz cień zniknął tak szybko, jak się pojawił. Dziewczyna nie była pewna, czy się jej to tylko wydawało, czy zaczynało rzeczywiście dziać się coś złego z jej ukochanym.
- Moja miłość równie jest głęboka jak morze, równie jak ono bez końca. Im więcej Ci jej udzielam, tym więcej czuję jej w sercu. – Mexarius położył jej dłoń na swym sercu i uśmiechnął się. Znów był tym samym chłopakiem, z którym tańczyła na balu i uczyła się magii, tym samym, co zazwyczaj – uśmiechniętym, ze smutnym spojrzeniem błękitnych oczu.
Uśmiechnęła się szeroko.
- Chciałabym, żebyś był szczęśliwy.
- Ja? – uniósł wysoko brwi. - Przecież jestem szczęśliwy. Mam ciebie.
- Tak, ale... – Cerx pokręciła głową. – Zawsze jesteś smutny. Dlaczego?
Zasępił się wbijając wzrok w wodospad nad jej ramieniem.
- Milna, przyjdzie czas, a dowiesz się wszystkiego, zgoda? – przeniósł na nią wzrok próbując się uśmiechnąć, lecz rezultatem było tylko tyle, że kąciki jego ust lekko się uniosły.
- Mexarius...
- Proszę – przerwał jej. – Nie psujmy sobie tego dnia. Już niedługo, obiecuję. 
Dziewczyna kiwnęła głową i odwróciła się przodem do rzeki obejmując się ramionami, by powstrzymać dreszcze. Chłopak stanął za nią i objął ją.
- Zimno ci? – szepnął głosem pełnym troski do jej ucha. 
- Nie. Po prostu zaczynajmy już. 
- Jak sobie życzysz – okrążył ją i spojrzał w niebo. – Dzisiejszą lekcją będzie magiczny atak. Nie jest tak trudny jak się wydaje. Wystarczy dobra koncentracja i sporo mocy, ale z twoimi możliwościami na dzień dzisiejszy z pewnością trzech mężczyzn byś powaliła. – Spojrzała na nią. – Cerxino poczuj swoją moc i uwięź ją w dłoniach. 
Dziewczyna przymknęła oczy i już po chwili poczuła przepływ mocy z jej wnętrza i z każdej części ciała do dłoni. Magia skumulowała się tam, łaskocząc ją lekko w opuszki palców, pragnąc uwolnienia.
- Świetnie. Teraz wyobraź sobie kulę ognia, skieruj swe dłonie na wodospad, by nie wyrządzić szkód i szepnij tulipallo.
Stanął za nią, a ona posłusznie otwarła oczy, by zobaczyć wodę kaskadami spadającą w dół i swoje roziskrzone dłonie. W jej umyśle pojawił się ogień, a jedno słowo spowodowało, że przez jej ręce został uwolniony i już po chwili kula ognia zniknęła w czeluściach wodospadu, wywołując jego pełny niezadowolenia syk.
Cerxina uśmiechnęła się, a Mexarius tylko westchnął z podziwem.
- Mi nauka tego zaklęcia zajęła trzy dni. A ty opanowałaś je w kilka minut – przytulił ją wtykając nos we włosy. – Więc na dziś koniec nauki. Chyba, ze chcesz spróbować jeszcze raz - spojrzał na nia pytajacym wzrokiem z wesołymi ognikami tańczącymi w jego bbłękitnych tęczówkach.
Cerxina pokowała głową i już po chwili kolejna kula ognia, tym razem większa wpadła z hukiem w wodę, znad której uniosła się biaława para.
- Świetnie. Na dziś wystarczy, musiasz mieć siły na inne ćwiczenia w zamku.
- Więc,co będziemy robić?– zagadnęła spoglądając na niego przez ramię.
- Odpoczywać i cieszyć się swym towarzystwem – pociągnął ją za sobą na skałę niedaleko wodospadu, gdzie usiedli, a zimna woda rozpryskiwała się i niczym rosa wsiąkała w ich ubrania.
- Pięknie tu. Skąd znasz to miejsce?
- Przypadkiem natrafiłem na nie chodząc po lesie – wzruszył ramionami. – Lecz bez ciebie nie było by nawet w połowie tak piękne.
Dziewczyna zaśmiała się.
- Mój chłopak jest poetą! – spojrzała na niego w chwili, gdy on patrzył na nią.
Czas się zatrzymał na tym momencie, niczym czytelnik, który daną stroną książki delektuje się nad wyraz powoli. Mexarius przyciągnął księżniczkę do siebie, a ona splotła dłonie na jego szyi, by utonąć w słodkim pocałunku.
Miała szczęście, bo miała jego. Cały świat przy nim się nie liczył, przestawał istnieć, jakby przyszłość, obowiązki i zmartwienia nagle gdzieś odchodziły zamierzając wrócić kiedyś przy okazji. Teraz była wolna niczym ptak, brakowało jej tylko skrzydeł, by polecieć w miejsce, gdzie mogą się spełnić jej marzenia. ICH marzenia.
- Kochana... – szepnął dysząc ciężko.
- Tak?
- Kocham cię i wiesz... jesteś dla mnie wszystkim. Jesteś kimś lepszym niż mogłem sobie kiedykolwiek wyobrazić. – Westchnął. – Podaj mi swą dłoń, pozwól żyć, pozwól marzyć. Dla ciebie kochanie zrobię wszystko, co zrobić będę w stanie.
- Tez cię kocham. Jak nikogo wcześniej. – Objęła go mocno wtulając twarz w jego miękką koszulę. – Co będzie dalej, Mexariusie? 
- Nie wiem. Ale wiem, że nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić, rozumiesz? Dopóki jestem obok będziesz bezpieczna i choćbym miał zginąć będę cię chronił.
- Przed kim? Przed tym zabójcą? - spojrzała mu w oczy, znów smutne.
- Milna, są tacy, co nie potrzebują nocy. Ciemność z nich promieniuje.
- O czym ty mówisz? – zdezorientowana próbowała wyczytać coś z jego zamyślonej twarzy.
- Czasem zło jest zbyt blisko, zbyt dobrze ukryte, by można było je dostrzec. Powinnaś uważać, by nie zaufać niewłaściwej osobie. – Uśmiechnął się smutno i pocałował ją. W jego dłoni z nikąd pojawiła się róża, o płatkach czystych jak śnieg. – Kocham cię – wręczył jej kwiat i wstał.
- Jest cudowny – poszła w jego ślady i już po chwili spoglądała w jego błękitne oczy. – Musimy już iść?
Chłopak zaśmiał się cicho i chwycił ja za rękę. Cerx ścisnęła mocniej jego dłoń dodając i sobie, i jemu sił do rozstania na prawdopodobnie kilka dni.
- Niestety milna, czas nie jest dla nas łaskawy. Musimy wracać nim twój ojciec się dowie i pośle w poszukiwanie swej ukochanej córki najlepszych żołnierzy. 
- Och...
Kiwnęła głową i na jego gest przysunęła się bliżej, mocno go obejmując, uważała jednak na różę, by jej nie zgnieść.
- Kochana, ucieknijmy stąd - rzekł nagle, bez zastanowienia wpatrując się w nią z nadzieją. - Tylko we dwoje w stronę zachodzącego słońca, albo na wschód, gdzie tylko chcesz. Pokażę ci świat i jego piękno, niezmierzony ogrom wód...
- Nie mogę. – Przerwała jego opowieść spoglądając na niego smutno. - Tu jest moje miejsce, nie powinnam odchodzić. Mam zostać królową, mam obowiązki.
- Wyrzekniesz się miłości? – spojrzał na nią uważnie.
- Nigdy, ale... och, tak ciężko mi odejść, choć tego pragnę. Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć... Proszę cię kochany, nie proponuj mi tego więcej. – Pogłaskała go po policzku. Wyglądał na zrezygnowanego i przybitego.
- Dobrze milna, jak sobie życzysz. Na ciebie będę czekał nawet tysiąc lat – uśmiechnął się smutno. – Miłość zwycięża wszystko – szepnął obejmując ją ciasno.
- Dziękuję.
Chłopak pocałował ją w czoło i wzbili się powietrze, by po chwili mogła otoczyć ich gęsta mgła. Szybowali w kierunku miasta i zamku przecinając szarzejące niebo. Przykucnęli lekko na parapecie, Meksarius ostatni raz pocałował swą dziewczynę i zniknął we mgle niczym czarnoksiężnik, cały ubrany na czarno, z zadumaną miną, by pojawić się w swojej niewielkiej chatce. Cerxina ostatni raz westchnęła, przebrała się w jedwabną koszulę, by opaść na łóżko i pogrążyć się we śnie.
***
 
Rozległo się pukanie do drzwi, głośne i natarczywe, mogące nawet zmarłego wyrwać z grobu. Cerxina zerwała się do pozycji siedzącej mrugając szybko, a serce waliło jej jak oszalałe.
- Proszę! – krzyknęła poprawiając włosy.
Do komnaty wkroczył król we własnej osobie. Był ubrany skromnie, a jego młodą z pozoru twarz szpeciła złość i troska jednocześnie. Musiało stać się coś naprawdę poważnego, gdyż zazwyczaj był człowiekiem opanowanym i nie pokazywał emocji – tego właśnie wymagało od niego jego stanowisko.
- Ubierz się i zejdź do Sali tronowej musimy bardzo poważnie porozmawiać – spojrzał na nią znacząco uspokajając się nieco. – Oczekuję cię za piętnaście minut. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł cicho zamykając drzwi.
Cerxina z westchnieniem zwlokła się z łóżka i ruszyła do wielkiej szafy. Wyciągnęła z niej szkarłatną suknię, która mimo, iż kojarzyła jej się z krwią była jedną z jej ulubionych, i ruszyła do łazienki. Po kilku minutach gotowa stanęła przed wielkim lustrem nieopodal szafy i uśmiechnęła się na pocieszenia do swojego odbicia. Czuła, że czeka ją długa rozmowa.
Sprzątaczki i pokojówki krzątały się po bocznych korytarzach wycierając malowidła lub na kolanach pastując podłogi. Obok dziewczyny przebiegł młodzieniec o rozczochranych włosach i zarumienionych policzkach, który w ręce niósł zwój pergaminu. Cerx obserwowała ich wszystkich kątem oka wpatrzona w swój cel – duże drewniane drzwi z wieloma zdobieniami, które właśnie się przed nią pojawiły. Podeszła do nich i odetchnęła głęboko poprawiając suknię. Nieśmiało położyła rękę na klamce i pchnęła wielkie drzwi czując ściskanie w żołądku.
Pomieszczenie było jasne i przestrzenne. Na niewielkim podium stał zdobiony tron, od którego z daleka bił majestat i siła, a siedzący na nim człowiek tylko potęgował te odczucia. Przy drzwiach stało dwóch gwardzistów, którzy na pierwszy rzut oka niczym się nie różnili. Do podium prowadził zielony dywan przypominający trawę na łące, po jego obu stronach znajdowały się ogromne filary umieszczone co kilka metrów. Były zdobione w roślinne ornamenty, a zwierzęta sporadycznie pojawiające się na nich sprawiały za sprawą magii wrażenie żywych. Po lewej stronie były ogromne witrażowe okna z wymalowanymi na nich różnobarwnymi smokami, jednak po drugiej stronie sali na ścianie wisiały obrazy o dużych rozmiarach, w pięknych ramach. Przedstawiały one ludy zamieszkujące cały kraj i obszary poza nim – krasnoludy, ludzi i elfy w przeróżnych sytuacjach, a nawet wojnach.
Cerxina podeszła do podium i pokłoniła się.
- Chciałeś mnie widzieć ojcze.
- Może usiądź – wskazał tron obok siebie, ten, na którym ona kiedyś będzie zasiadać jako władca. – Czeka nas długa rozmowa.
Dziewczyna usiadła i nerwowo skubiąc rąbek sukni przyglądała się ojcu.
- Porozmawiamy o zabójcy – spojrzał na nią i rozpoczął opowieść.

Cerx wybiegła z Sali Tronowej potrącając zdziwione służące. Na jej twarzy łzy malowały sobie ścieżki, a opuchnięte oczy piekły niczym rozżarzone węgle. Wpadła do swojego pokoju zatrzaskując drzwi i osunęła się na łóżko. To, co było niezachwiane runęło pozostawiając za sobą tylko gruz, smutek, przeszywającą żałość i złość na samą siebie, grzebiąc wśród popiołów każde marzenie. 
Zaczęła szlochać coraz głośniej,tuląc do siebie poduszkę, która jako jedyna wciąż była tym, za co Cerx zawsze ją uważała – tylko poduszką. Czas przestał się liczyć. Równie dobrze zamiast dziś już mogło być jutro, choć dziewczyna wolałaby, żeby to dziś nigdy nie nadeszło. Ostatnia łza spłynęła po jej nosie i z głośnym, prawie szyderczym kapnięciem spadła na poduszkę. Cerxina przyglądała się chwile mokremu śladowi, gdy nagle poderwała się i podeszła do lustra. 
- Czasem zło jest zbyt blisko, zbyt dobrze ukryte, by można było je dostrzec – wyrecytowała na głos. 
Otarła oczy i na chwilę skamieniała na widok bólu i złości, które wykrzywiały jej twarz, lecz zaraz ruszyła w stronę drzwi i nie oglądając się za siebie przemierzyła wszystkie korytarze kierując się do wyjścia z zamku. W chwili, gdy przekroczyła bramę wiatr zaczął śpiewać. Smutna melodia sączyła się między murami wprawiając w zadumę, łamiąc serce. Może właśnie tak brzmi nienawiść, która kiełkując żywi się tym, co niegdyś było piękne i dostojne, co dawało życie i radość. Tyle pytań było bez odpowiedzi – teraz, gdy je otrzymała wolała umrzeć, niż wciąż żyć. Bo życie bez niego było nic nie warte.
 
***
 
- Zabić go! – donośny głos króla poniósł się echem po sali i dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Żołnierze ruszyli całą gromadą na chłopaka, który już trzymał w ręku miecz, odpychając jednocześnie Cerxinę.
- Uciekaj! – ruszył naprzeciw wrogom. 
Żołnierze mieli na sobie mundury gwardii i było ich ponad dwudziestu, każdy z mieczem lub sztyletem w dłoni. Mag trzymał ręce wyciągnięte przed siebie, a na jego czole zaczęły pojawiać się kropelki potu. Jego szata falowała niczym zaczarowana przypominała jadowite węże gotowe do skoku.
Mexarius odpierał ataki z łatwością pomagając sobie magią, dzięki której kilkoro żołnierzy już wylądowało na ścianie. Jeden z nich uderzył mocno głową i osunął się bezwładnie pozostawiając na nieskazitelnym murze czerwoną plamę. 
Cerxina przyglądała się temu wszystkiemu z niedowierzaniem. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego jej ojciec to robi. Chwyciła za miecz i z nienawiścią w swych miodowych czas zaczęła atakować swoich ludzi, jednak teraz nie miało to dla niej znaczenia. Nie mogła pozwolić, by Mexarius zginął, a nic lepszego niż atak nie przychodziło jej do głowy. Żołnierze byli wierni wobec króla, a jego rozkazy uważali za niepodważalne.
Dziewczyna atakowała wszystkich z gwardii, jednak nikt z nich nie chciał z nią walczyć. Odsuwali się na bok lub z łatwością odparowywali pchnięcia zajmując się na powrót Mexariusem.
- Cerxino twoje działania są bezsensowne, nie uratujesz go! – krzyknął król przyglądając się całej scenie z daleka.
Mexarius krzyknął, a rozzłoszczona Cerx próbowała się do niego przebić, lecz to nie było konieczne. Potężne zaklęcia odrzuciło na ściany wszystkich gwardzistów, a tych, którzy nie mieli szczęścia po prostu zabiło. Dziewczyna również straciła równowagę i upadła.
Gdy mag zatrząsł się i osunął bez życia, które uszło z niego za wskutek potężnego zaklęcia umysłowego, którym oberwał, król wyciągnął z furią miecz, a Mexarius podparł się na kolanach próbując utrzymać równowagę i odzyskać siły. Cerx słyszała tylko urywany oddech ukochanego i szaleńcze bicie swojego serca. Oszalały monarcha podszedł do Mexariusa i zaatakował niczym wściekły tygrys, całą swoją siłą i nienawiścią. Chłopak odparował cios lecz za nim przyszedł kolejny i kolejny. Nawet najlepsi szermierze ulegali sile i umiejętnością króla. W końcu miecz z głośnym brzękiem upadł na podłogę rozbijając jedną z kafelek, a Mexarius osunął się za nim patrząc nierozumiejącym wzrokiem w przestrzeń. Jego oczy spotkały się z oczami Cerxiny i dziewczyna z krzykiem poderwała się z miejsca, a świat odzyskał swoje odgłosy. Urywane oddechy i jęczenie żołnierzy było niczym wobec tysiąca niewypowiedzianych słów. 
Cerx podbiegła do Mexariusa i nachyliła się nad nim. Chłopak przyciskał rękę do prawego barku, a na jego twarzy malował się ból. Król chwiejnym krokiem odszedł i oparł się o ścianę chwytając się za głowę z jękiem.
- Cerx... Miałaś uciekać – powiedział Mexarius patrząc na nią z wyrzutem.
- Nie mogłam cię zostawić – nachyliła się i pocałowała go. – Będzie dobrze, damy sobie radę. Powiedź mi, co mam robić, a wyleczę cię.
Pokręcił głową patrząc na ciała żołnierzy. Część z nich powoli się podnosiła, ale gest króla nie pozwolił im podejść bliżej do księżniczki i jej wybranka, więc tylko obserwowali ich.
- Nie. Tak będzie lepiej – spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno. 
- Ale...
Położył jej palec na ustach, gdy król krzyknął z trwogą, a Cerxinę przeszył miecz. Ból rozprzestrzeniał się wraz z krzykiem dziewczyny, który w pewnej chwili urwał się gwałtownie. Cerx osunęła się w ramiona Mexariusa, a wokół zapanowała ciemność i cisza, niezakłócona niczym oprócz cichego śpiewu wiatru, i odległego szeptu dobiegającego gdzieś z otchłani. Miłość zwycieża wszystko...

Z trudem otwarła oczy. Z przerażenie chciała krzyknąć, ale z jej krtani nie wydobył się żaden odgłos. Unosiła się na salą, nad tą samą salą, w której Mexarius opowiedział jej swoją historię i gdzie odbyła się bitwa. Teraz król wraz z jednym z wciąż żywych żołnierzy walczyli z ubranym na czarno mężczyzną. Pozostali gwardziści nachylali się nad ciałem dziewczyny...
To była ona, Cerxina. Leżała bezwładnie w ramionach ukochanego, który ze łzami spływajacymi po policzkach próbował ją uleczyć. Żołnierze nerwowo spoglądali na siebie i składali ręce w geście modlitwy, a w ich wzroku były ogromny smutek i żal. Król wygrał, a zakapturzony mężczyzna osunął się cicho na ziemię. Jeden z pięciu ocalałych gwardzistów zsunął napastnikowi kaptur z głowy. Król zaklął rzewnie. Owym mężczyzną był kolejny zabójca, któremu tym razem jednak się powiodło. 
Cerx poszybowała do Mexariusa. Była taka spokojna, lecz jednocześnie obojętna. Teraz życie było dla niej niczym odległy sen, chciała zostać na zawsze w tym świecie, w świecie duchów i spokoju, w ciszy. Usiadła obok chłopaka patrząc beznamiętnie na swoją przeraźliwie białą twarz. Chłopak ukrył swoją w jej włosach i zaczął płakać. Żołnierze pochylili głowy i odsunęli się patrząc smutno na króla. Po jego policzku spłynęły łzy. Podszedł on do ściany i usiadł opierając głowę na rękojeści miecza. Ta ostatnia chwila należała do Mexariusa.
Proszę wróć... ja nie chcę żyć, bez ciebie, kocham cię... Cerx...
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie słysząc cichy głos wezwania w swojej głowie. Przymknęła oczy i słuchała dalej.
Proszę, kochana... 
Głośny, chrapliwy oddech, który prawie rozerwał płuca rozdarł ciszę. Jednak następnych nie było. Cerxina wciąż była zwieszona pomiędzy życiem, a śmiercią, miedzy dwoma światami, niezdolna do niczego – ani do powrotu, ani do odejścia.
Mexarius położył rękę nad jej ranę i ostatkiem sił wypowiedział zaklęcie, zaklęcie, które jest przymierzem z samą śmiercią. W chwili, gdy oczy Cerxiny się otwarły, a jej twarz nabrała kolorów ostatni, prawie niedosłyszalny szept poniósł się w powietrzu do uszy wszystkich w Sali:
- Miłość zwycięża wszystko... Dla ciebie kochana....
Jego oddech ustał, ciało osunęło się bezwładne na posadzkę, a niewidzące oczy patrzyły z miłością na dziewczynę. Po jej policzku spłynęła łza, a za nią kolejna i kolejna... Oddał za nia życie, bo miłość zwycięża wszystko. Nawet śmierć.
***
 
Droga Cerxino!
Jeżeli trzymasz ten list w dłoniach, to znaczy, że mnie już nie ma i wszystko poszło nie tak. Choć może lepiej, że właśnie tak się stało. Widocznie naszym przeznaczeniem było się w sobie zakochać. Choć raczej rzec powinienem, że to przeznaczenie było przez nas samych pokierowane i wprowadzone na te tory. 
Bardzo mi przykro, że wszystko tak się potoczyło. Żałuje, że moje pojawienie się na tyle przewróciło Ci życie do góry nogami, że prawie zapłaciłaś za to najwyższą cenę. Żałuje, że nie mieliśmy tyle czasu, by się dobrze poznać, że wszystko tak szybko się stało, że prawdy o mnie dowiedziałaś się od swojego ojca. Chciałbym, by to wszystko było snem, by wydarzenia potoczyły się inaczej. Gdyby nie to, kim jestem mielibyśmy szansę, jednak przez klątwę i moje pochodzenie nie było nam to dane. Kochana wybacz mi, że tak długo kłamałem, ale nie potrafiłem się przyznać do prawdy. Po prostu się bałem, że mnie odrzucisz, zostawisz. Głupi byłem. Teraz wiem, że nigdy byś tego nie zrobiła. Jednak już jest za późno. Na pewno pamiętasz naszą rozmowę o przeznaczeniu. Ja swoje zmieniłem. Miałem cię zabić, nienawidzić, a się zakochałem. Miałem być twym największym wrogiem, a oddałbym wszystko, naprawdę wszystko, byś była bezpieczna i szczęśliwa. Chciałbym cofnąć czas i jeszcze raz to wszystko przeżyć, ale bez zbędnych wątpliwość, chciałbym znów patrzeć w twoje piękne oczu. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo żałuję tych niewykorzystanych chwil. Jednak najbardziej boli myśl, że tak miało być, że i tak nie mogliśmy być razem. Bo jak? Nawet we dwoje nie dalibyśmy rady całemu światu, bo wszyscy byli przeciwko nam. Przepraszam, że przeze mnie musiałaś przez to wszystko przechodzić, ale zrobiłbym to jeszcze raz, choćby po to, by wiedzieć, że żyjesz. Pewnie mnie znienawidzisz, bo złamałem ci serce i odszedłem, ale tak musiało być. Nie mogłem pozwolić, byś umarła w męczarniach, pozbawiona rozumu przez cienia. Ale z jednego się cieszę, wiesz? Bo oddałem za ciebie życie. Pewnie teraz zastanawiasz się, skąd ja to wiem, ale ten list napisałem dzień wcześniej. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że tak się stanie, że przyjdziesz. Wiedziałem, że będziesz żyć, a to ja odejdę, ale nie wiedziałem, w jaki sposób się to stanie. Bardzo cię przepraszam mogłem ci powiedzieć, ale to by nic nie zmieniło. Nie było dla nas innego zakończenia. Proszę, wybacz mi.
Milna kocham cię, bardziej niż kogokolwiek wcześniej. Byłem wychowany na zabójcę, ale tobie udało się odnaleźć we mnie człowieka. Odszukałaś i zawładnęłaś mym sercem. Dziękuję ci za to. Gdyby nie ty... nawet sobie nie wyobrażasz kim bym się stał. Wybacz mi to wszystko. Chciałbym jeszcze, byś spełniła moje ostatnie życzenie. Proszę wspomnij mnie czasem. Tylko czasami. I Cerx – chcę byś była szczęśliwa. Ułóż sobie życie tak, jak chcesz. Sama decyduj. Nikt, nawet twoi rodzice nie mają prawa robić tego za ciebie. I zawsze bądź sobą. Kochana gdybym mógł zatrzymać wszystko, co przemija, wybrałbym nieśmiertelność, bo nasza miłość przetrwa całą wieczność. Zawsze będę gdzieś blisko, nie zostawię cię samej. Ucz się dalej magii i nie poddawaj się. Jeszcze kiedyś się spotkamy, jednak mam nadzieje, że nieprędko. Powodzenia najdroższa.

Kocham cię i pamiętaj – miłość zwycięża wszystko.

Twój Mexarius

PS Wiem, że jeżeli zasiądziesz na tronie to będziesz wspaniałą królową.


Cerxina otarła łzy i odłożyła list na szafkę. Przez chwilę lśnił on bardzo jasno, po czym zamienił się w białą róże, którą był od czasu ich spotkania przy wodospadzie.
Dziewczyna objęła się ramionami i zaszlochała. To nie tak miało być. 
W końcu położyła się z powrotem do łóżka czekając, aż jej służka przyniesie nowy opatrunek. Przeżyła tylko dzięki Mexariusowi i jego ofierze. Po bitwie król wezwał nowych gwardzistów, którzy uprzątnęli ciała swych braci i przenieśli Cerx do jej komnaty, a chłopaka do kostnicy. Jego skromny pogrzeb odbył się, gdy dziewczyna leżała jeszcze nieprzytomna i nieświadoma tego, co się stało. Pierwsze, o co spytała po przebudzeniu to było Gdzie jest Mexarius? i Czy wszystko z nim w porządku? Wszyscy w pokoju spuścili głowy, a król spojrzał na nią ze strachem i smutkiem. „On nie żyje”.
Dni straciły swoje kolory, świat stał się płaski i pusty. Tylko róża na szafce wciąż świeża nie więdła zachowując swą biel i przypominając o tym, co niegdyś było piękne i cudowne, a teraz stało się odległym wspomnieniem. 
Minął miesiąc, a może nawet więcej, choć teraz czas się nie liczył, nie miał znaczenia. Załamanie sprawiło, że nie do końca uleczone rany goiły się powoli i nienajlepiej. Jednak dziewczyna nie pozwoliła magom się do siebie zbliżyć. Te blizny będą pamiątką i ciągle żywym wspomnieniem. 
Pewnego słonecznego dnia Cerx pierwszy raz od bitwy sama, z własnej woli wstała z łóżka i podeszła do lustra. Była cieniem dawnej siebie. Jej twarz znaczyły ślady łez, a podbite oczy wyrażały tylko smutek. Ostatnie spojrzenie i powlokła się powoli do łazienki. Wolała nie patrzeć na tą żałosną i słabą wersje Cerxiny. Niespiesznie ubrała się i ruszyła do drzwi by wreszcie wyjść na słońce. Nadeszła jesień, piękna, złota i już czas, by przestała się ukrywać. To nic nie da, a tylko będzie rozdzierać stare rany. Zatrzymała się jeszcze, by zabrać miecz, który lśnił wypolerowany czekając na swą panią.
Szybkim krokiem przemierzyła korytarze, a czarna suknia łopotała wokół jej nóg. Gdy wreszcie dotarła do głównych drzwi zawahała się przez ułamek sekundy. Jeszcze raz spojrzała na sale i korytarze, na krzątające się pokojówki, które patrzyły na nią z radością, ale i obawą, i otwarła drzwi. Do pomieszczenie wdarł się złocisty promień słońca pieszcząc swym przyjemnym ciepłem twarz dziewczyny. Tutaj nic się nie zmieniło.
Puściła się biegiem przed siebie. To był pierwszy raz kiedy biegła, kiedy wreszcie znalazła odwagę, by przeciwstawić się smutkowi, gdy odkryła siłę, a cichy głos w głowie kazał działać, kazał podnieść się z popiołów. Suknia nieco krępowała jej ruchy, ale to jej nie obchodziło. Chciała jak najszybciej tam dotrzeć, chciała wreszcie to zobaczyć. Po kilku minutach przed jej oczami pojawił się cmentarz. Zwolniła i pełna obaw, z nowym smutkiem, który zagościł w jej sercu przekroczyła jego bramę.
Mijała rzędy nagrobków przypatrując się w większości starym już płytom i wyblakłym napisom. Tyle istnień było złożonych tutaj czekając po drugiej stronie na swych najbliższych, obserwując ich i opiekując się nimi z góry. Tylu z jej poddanych oddało życie za kraj lub króla, a tylu umarło w obronie swoich rodzin.
W końcu znalazła go. Cel jej podróży błyszczał smutno przed nią. Czarna płyta z wygrawerowanym złotym napisem – Mexarius. Cerx uklękła, a łzy polały się strumieniami. Jednak nie mogła sobie pozwolić na smutek i żałość, nie teraz, gdy wreszcie miała odwagę sama decydować o swoim życiu. W jej dłoni pojawiła się biała róża. Nawet nie wiedziała, jak to zrobiła, ale ona po prostu tam była. Dziewczyna położyła kwiat na nagrobku i uśmiechnęła się smutno.
- Też cię kocham. I nigdy cię nie zapomnę. Dałeś mi nowe życie. Już na zawsze zostaniesz w mym sercu. I miałeś racje mówiąc, że miłość zwycięża wszystko. Kocham cię. Żegnaj.
Powoli wstała i ruszyła do bramy. Słońce było wysoko, a lekki wiatr sprawiał, że dzień był chłodny, lecz przyjemny. Cerxina zmierzała do ICH miejsca. Właśnie mijała zamek, gdy w jej głowie pojawiła się jeszcze jedna myśl. Biegiem przemierzyła korytarz i wpadła do swojego pokoju. Do skórzanego plecaka zapakowała sztylety, dwa gorsety, kilka koszul i spodnie. Zamiast pantofli włożyła wysokie buty i zarzuciła na ramiona płaszcz. Nim zdążyła się rozmyślić wybiegła z pokoju i z zamku kierując się instynktem nad wodospad. 
Powitał ją szum wody i śpiew ptaków. Wszystko było takie jak wtedy, jednak jesień zmieniła kolory drzew i traw, a kwiaty zniknęły, by pojawić się za rok. Zimna woda kaskadami spadała w dół z potężnym hukiem uderzając w niewielkie jezioro na dole, rozpryskując się na boki. Dziewczyna usiadła na skale i zdjęła buty stawiając je obok siebie obok plecaka. Przez chwilę siedziała w ciszy, mocząc stopy w zimnym nurcie, drżąc przy każdym podmuchu niosącym ze sobą złote liście, które wplatały się w jej włosy. Podniosła wzrok i spojrzała na półkę skalną, na której siedzieli wtedy z Mexariusem. Była taka samotna, lecz wiedziała już co zrobi, wiedziała dla kogo.
Wstała, ubrała buty i zarzuciła na ramię plecak. Obrzucając ostatnim spojrzeniem wodospad przyszły jej do głowy słowa pewnego niedołężnego starca, którego kiedyś przypadkiem spotkała. W jej głowie pojawił się Mexarius, jak żywy kiwając z zachętą głową. Czas na nią. Zbyt długo siedziała w miejscu, bez ruchu czekając na jakiś znak i siłę. Teraz to ona zmieni swoje przeznaczenie, znajdzie odwagę, by znów żyć. Dla niego. 
Ruszyła przed siebie, sama nie wiedziała gdzie, a towarzyszyło jej wspomnienie ukochanego, ich wspólnych chwil i słowa owego starca, które wypowiedział umierając: „Bo kochać to znaczy móc zrobić wszystko, móc wszystko stracić.”